Dziura w tożsamości

Ta dziura od dłuższego czasu zasysa moją wyobraźnię. Jak daleko nie chciałabym od niej uciec, jestem przez nią wciągana. Nie pomagają wyobrażenia wysp Bahama i inne palmy. Namawiam do nie czytania tego tekstu dalej. Dalej będę wyrażała swoje nieskończone zadziwienie światem.

Wykop

Wszystko się zaczęło, gdy archeologowie wkopali się w płytę Głównego Rynku na wprost wejścia do kaliskiego ratusza. Początkowo sami nie byli pewni, co odkryli. Ich oczom ukazała się wielka… dziura. Lej po bombie? – zastanawiano się. – Tylko dlaczego kamienice wokół jakoś stoją nienaruszone, a historia nie przekazała żadnych informacji na temat zbłąkanego wybuchu w tym miejscu. Odrzucając kolejne hipotezy w końcu uzgodniono, że dziura odkryła fragmenty dawnych jatek oraz bliżej niezidentyfikowanego zbiornika na wodę. No i być może jest to odkrycie, ale takie jakby w połowie. Ta „pierwsza połowa” jest znana wszystkim osobom profesjonalnie i amatorsko zajmującym się przeszłością miasta.

Kalisz dziura Fot. Maciej Błachowicz

Fot. Maciej Błachowicz

W mieście starym (a nawet „najstarszym”), o co najmniej średniowiecznej metryce, takie „ustrojstwa” na terenie śródmieścia muszą się znajdować, bo o tym mówią i przekazy historyczne, i to podpowiada zwykła logika. Miasta, a już na pewno miasta europejskie z wpisaną w swoją  promocję historią nie biorą się deux ex machina, czyli nagle i z niczego. Na kaliskim rynku życie kwitło od czasów średniowiecznych, co z pewnością jest widoczne także pod ziemią. Nie z innej przyczyny kilka lat temu, w okolicy naszego jubileuszu 18, 5 wieków, w przeciągach ratuszowych korytarzy poważnie dyskutowano na temat ożywienia idei „drugiego Krakowa”, czyli wyeksponowania tego, co pod ziemią na wzór znanego znad Wisły rozwiązania. Rzeczywistość nie dobiega jednak do ambicji i tymczasem mamy… dziurę.

Klomb Ptolemeusza

Dziura została wykopana w miejscu tego klombu, o którym kilka lat temu również było głośno. Bo ktoś chciał nam w rynku zrobić modną betonową pustynię, a ktoś inny miał odwagę przeciwstawić się i głośno krzyknąć: „Król jest nagi!”.

To miasto – jakkolwiek chętniej odwołujemy się do średniowiecza, ba, jego starożytnej metryki, kiedy miasta nad Prosną nie było, za to pięknie pośród puszczańskich klimatów meandrowała tędy rzeka – to miasto jest modernistyczne. Jest modernistyczne w  architektonicznej formie kamienic swojego śródmieścia; jest modernistyczne przez cały szereg udogodnień pozwalających wygodniej żyć (poszerzone ulice z chodnikami, oświetlenie domów, kanalizacja, wodociągi). A nawet gdyby ktoś chciał się wyprzeć tej prawdy, to nie da rady, bo bryły ratusza i teatru, powielane po tysiąckrotnie na widokówkach, też są modernistyczne. Tego miasta by nie było, gdyby nie praca pokoleń ludzi przedwojennych. Kiedy po wypaleniu śródmieścia w 1914 r. przez wojska pruskie, kaliszanie niemal natychmiast przystąpili do odbudowy, zrobiono to z głową i stylem, odwołując się do wiedzy najlepszych specjalistów w kraju. A wtedy też nie było pieniędzy, naprawdę ich nie było. Żeby nie idealizować czasów: wtedy również nie ustrzeżono się błędów, ani decyzji podyktowanych jedynie pobudkami politycznymi.

Znakiem tamtego wysiłku jest dzisiejszy wygląd Głównego Rynku z pałacowym w swych formach ratuszem i klombem przed wejściem, integralną częścią rozwiązania. Naszym przodkom, którzy z takim trudem odbudowali to miasto i byli przekonani, że po wieków wieków wystawiają sobie pomnik żywy, w głowie by się nie zmieściło, że ktoś będzie chciał to dziedzictwo niszczyć. Bo dziura pośrodku klombu jest dewastacją, której wątpliwą urodę chce się dzisiaj zakryć, ale i wyeksponować. Tylko jak to zrobić i czy gra jest warta świeczki? Nie potrafię sobie wyobrazić wartości zabytku, który mógłby przewyższyć klasę modernistycznego centrum. O, przepraszam, mogłyby to być szczątki Ptolemeusza, najlepiej od razu z dopiętą karteczką, gdzie leżała starożytna Kalisia, czyli z odczytaniem zagadki, co autor miał na myśli.

Zdziwienie

Dlatego nie przestaję się dziwić. Tzw. peerel robił nam historyczny mętlik w głowach nie gorszy niż dzisiaj to obserwujemy. Dzisiaj dochodzi do tego cały ten medialny cyrk na „mega” skalę, rozkręcany za pośrednictwem mediów społecznościowych, gdzie z wiadomości prawdziwych i „najprawdziwszych” robi się cudaczny koktajl.

Tzw. peerel odcinał się programowo od „zgniłej II RP”, dlatego chętniej zaglądano do średniowiecza, poszukując wszędzie niepodważalnych dowodów Polski Piastowskiej. To wtedy przekopano kraj wszerz i wzdłuż (w nowych granicach  przyciętych w Jałcie) w poszukiwaniu owej „Piastowskiej”, a notabene zrobiono to pod kierownictwem wydziedziczonego ziemiaństwa, których przedstawiciele z braku innego zajęcia zapełnili szeregi pracowników nauki z pożytkiem dla tej ostatniej. I to wtedy odkopano relikty na kaliskim Zawodziu, które podczas budowy dzisiejszego grodziska – atrapy z powrotem zakopano:). To wtedy przydał się nam także Ptolemeusz ze swoją mapą i „Geografią” z II w n. e. Politykom był przydatny.

I jakoś udało się przerzucić mosty nad modernizmem i spuścizną II RP. Przez długie lata, co można tłumaczyć już tylko poważną wadą wzroku, udawało się jej nie zobaczyć i nie docenić. Do tego przez dekady bębniono w ten sam bęben, a huk „najstarszeństwa” roznosił się echem do samego Krakowa i dalej. Niestety nie metryka stanowi o naszej wielkości, nie metryka…

Tak samo jest z ludźmi. Nie ten mądry, kto starszy. Mądry ten, kto potrafi widzieć rzeczy takimi jakimi są, a nie takimi jakie wydają się być, bo inni tego sobie życzą.

Dziurę wykopaliśmy sobie – na pamiątkę odnotowuję – kiedy władza w państwie bardzo chętnie kłania się bożkom i cieniom II RP. Taki chichot historii. Peerelu podobno nie lubimy, ale nadal jedziemy w tych samych koleinach myślenia o mieście. Przynajmniej jeśli chodzi o dziurę i inne „historyczne” rekonstrukcje.

Panowie, na mury! Na mury!

Anna Tabaka

Komentarze